ZAMÓW NEWSLETTER

nie podano
poprawnego adresu e-mail
nie wyrażono zgody
na otrzymywanie newsletter'a
   

Urzędniku państwowy, naucz się. Idź na kurs!

Zaskakująca sytuacja, z życia wzięte, na faktach oparte. Niestety wołające o pomstę do nieba. Do rzeczy! Zostałem poproszony o przygotowanie nowej strony internetowej dla nowego Klienta. Niby nic dziwnego, wszak strony internetowe tworzę niemal każdego dnia. W tym jednak przypadku sponsorem całego przedsięwzięcia jest Urząd Pracy. Mój nowy Klient skorzystał z dofinansowania dla bezrobotnych i postanowił iść na swoje. 

Logotyp firmy

Ponieważ mamy do czynienia z nową firmą. Firmą bez żadnej historii, za to z wysokimi aspiracjami. Pierwsze za co się zabrałem to pomysł na nazwę i w dalszej kolejności logotyp. Logo powstało. Powstała także podstawowa księga znaku, tak aby można było opracować szyld, wizytówki, etc. Poszło szybko, choć Klient zaskakująco wybrał nie ten projekt, który w moim odczuciu wybrać powinien. Jeśli pozwolicie, nie będziemy w to wnikać. Wybrał co wybrał. Koniec. Kropka.

Strona internetowa

Mając już stworzony logotyp zabrałem się za opracowanie projektu strony www. Zakres materiałów merytorycznych i funkcjonalność strony mieliśmy już omówioną. Powstał projekt. Klient zaakceptował. Projekt został pocięty, wrzucony na serwer. Same standardowe czynności. Finalnie strona www zaczęła działać pod domeną Klienta. Wszystko pięknie, szybki instruktarz jak obsługiwać CMS’a. Faktura, przelew. Jednym słowem businessowa rozkosz.

Droga przez mękę

Minęło dwa, trzy dni. Telefon od Klienta. Panie Grześku jest problem. Pytam: jaki? Otóż pracownica urzędu pracy stwierdziła dwa fakty. Fakt pierwszy: strony nie ma, nie powstała. Fakt drugi: stronę internetową zrobić można za 1000zł, a nie aż za tyle. Konsekwencja powyższych faktów: urząd pracy nie zwróci pieniędzy za wykonanie takiej usługi.

Pierwsze co mówię Klientowi. Stronę internetową można zrobić i za tysiąc i za siedem tysięcy, więc niech się urząd pracy cieszy, że nie zrobiliśmy za dużo więcej. Następnie szybko sprawdzam, czy rzeczywiście strony w sieci nie ma. Tak jak myślałem: jest i ma się bardzo dobrze. Kolejna rzecz, którą sprawdzam, to wrzucam adres url do googla. Faktycznie nie ma. Nic w tym dziwnego, wszak nie ma z uwagi na świeżość witryny. Ma prawo nie być.

Nasuwa mi się jedynie pytanie, dlaczego urzędniczka popełniła taką gafę. Ja rozumiem, nie wie, nikt nie powiedział, ale dlaczego płacić ma za to podatnik, mój Klient konkretnie. Klientowi zaproponowałem kolejne spotkanie z urzędnikiem na którym powinien mu zaproponować kurs obsługi przeglądarki internetowej. Chętnie takowy przeprowadzę. Ba nie policzę za dojazd.

Macie może jakieś inne ciekawe historie na temat waszych doświadczeń z urzędnikami? Piszcie! Chętnie poczytam i ja i wielu innych.

Twoje przemyślenia na temat tekstu...

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Kontakt

Masz jakieś subtelne pytania lub chcesz się podzielić ze mną swoimi przemyśleniami...

Czemu nie! Zawsze możesz skorzystac z zakładki z kontaktem, zapewne odpowiem.
Nasz serwis www korzysta z informacji zapisanych za pomocą plików cookies.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

więcej zamknij